FANDOM




Podczas, gdy on sam był przyciskany do ziemi przez drona, a jego towarzysze toczyli bój z resztą legionu mechanicznych żołnierzy i Inkwizytorem, w głowie Rebisa na przemian pojawiały się trzy myśli.

Pierwszą była chęć przeżycia, jak najbardziej uzasadniona.

Drugą było to, że jeszcze kilka lat temu nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji. Na przykład wtedy, kiedy dotarł z grupą podróżników na Metru Nui, świeżo po tamtejszej wojnie domowej. Albo gdy zabrał się ze znajomym szmuglerem na Zakaz i konwój, którym podróżowali przez jedno z miast wjechał w sam środek toczącej się bitwy pomiędzy Skakdi. Lub wtedy, gdy przypadkiem zakradł się na zły statek i znalazł się na Stelt, gdzie musiał uciekać z dworu barona Tofreta przed miejscowymi strażnikami - na szczęście niezbyt bystrymi. Nigdy wtedy nie pomyślałby, że za kilka lat, jako Toa, będzie walczył z zastępem robotów na wyspie znajdującej się gdzieś na krańcu wszechświata, przed wejściem do starożytnej świątyni mieszczącej w sobie artefakt o niewyobrażalnej mocy. A jednak właśnie to działo się w tej chwili. Doprawdy, życie nie przestawało go zaskakiwać. Może w innej sytuacji nawet wykorzystał całe to zdarzenie do jakiegoś żartu, teraz jednak nie było na to czasu, z oczywistych względów.

Trzecia myśl przenikała przez jego neurony najczęściej i najbardziej go martwiła.

I była to obawa, co takiego właśnie dzieje się z Dallą.

***


- Siostro, bracie.

Głos Nero był zatrważająco spokojny i przenikliwy. Vox i Dalla stali w miejscu, przyjmując bojowe postawy i wpatrując się w przybysza. Nero z kolei trwał niewzruszony na kamiennym stopniu piramidy, spoglądając na wojowników, jakby wyczekiwał ich następnego ruchu.

- Wojna skończona.

Myśli Voxa pędziły przez jego świeżo ukojony umysł z oszołamiającą prędkością. Mężczyzna czuł się, jakby ktoś rozsypał przed nim elementy układanki, które on z kolei musiał ułożyć, a jej rozwiązaniem miała być odpowiedź na to, skąd i dlaczego zaginiony Toa się tu zjawił. Na dobrą sprawę nie powinien czuć żadnego niepokoju - Nero był jednym z nich i jako kolejny Toa stanowił dla nich nieocenioną pomoc w walce z dronami. Vox jednak czuł, że tym razem jest inaczej. Trzymał w dłoniach kolejne elementy, ale nie potrafił ich ze sobą połączyć. Nie znalazł jeszcze odpowiedniego sposobu. Nie znalazł jeszcze odpowiedzi.

- Możecie schować swoją broń - odezwał się ponownie Nero. - Nie będziecie jej już potrzebować.

Jego słowa zdawały się być starannie przemyślane. Vox odnosił wrażenie, że znaczą zupełnie co innego niż to, jak oni je odbierali. Ponownie spojrzał ukradkiem na Dallę - dziewczyna również spoglądała w milczeniu na Nero, trzymając pewnie drzewce swojej włóczni. Nie wiedział, czy również próbuje rozwiązać w swojej głowie układankę. On musiał. Moment, w którym wszyscy troje trwali w milczeniu, mierząc się wzrokiem nie trwał długo, lecz Toa Dźwięku zdążył już zalać swój umysł dziesiątkami pytań. Dlaczego Nero ujawnił się po tylu latach? Dlaczego akurat teraz? W tym miejscu? W tym pojeździe? Dlaczego użył akurat takich, a nie innych słów? Czuł, że jest coraz bliżej poznania odpowiedzi, lecz wciąż brakowało mu jednego, znaczącego elementu, który pozwoliłby mu ułożyć je wszystkie w jedną całość.

Odnalazł go w przelotnym wspomnieniu słów Arctici o jej dawnej misji na wyspie niewolników i o skarbie, który znaleźli tam wraz z Nero. Nagle wszystkie części zaczęło do siebie pasować.

Już wiedział, po co Toa Dźwięku się tu zjawił.

- Ty - powiedział, przełamując ciszę. - Ty za tym wszystkim stoisz, prawda?

Twarz Nero przybrała w jednym momencie bardziej surowy wyraz, jakby mężczyzna zrzucił z siebie w tej chwili maskę.

- Nigdy nie zaginąłeś - mówił dalej Vox, świdrując spojrzeniem zielonych oczu postać naprzeciw niego. - Sam się ukrywałeś, zbierając potajemnie armię, czy tak?

Jeśli jeszcze przez jakikolwiek moment Nero zamierzał udawać kogoś, kim nie jest, teraz właśnie porzucił tę strategię. Nie wyglądał już jak opanowany, szlachetny wojownik, znany Voxowi z opowieści jego przyjaciółki. Toa w Hau nie wiedział dlaczego, ale nieznaczna zmiana w postawie przybysza nadała mu nagle znacznie bardziej agresywnego wyglądu. Kolczaste naramienniki, gruba zbroja, ostre wypustki na masce - wszystko to zaczęło niespodziewanie bardziej pasować do bezwzględnego dowódcy niszczycielskiej armii, niż do bohaterskiego Toa.

Nero odetchnął.

- Cóż, przynajmniej nie musimy już przed sobą udawać. Bystry jesteś, bracie.

- Ale jak? - zapytał Vox. - Jak nas tu znalazłeś?

Włócznik uśmiechnął się przewrotnie.

- Za to powinieneś podziękować swojej towarzyszce - powiedział, spoglądając na Dallę. Dziewczyna rozszerzyła oczy z zaskoczenia i spojrzała na Voxa z przestrachem, jakby ten miał zaraz ją o coś oskarżyć. Toa Dźwięku widział jednak niewinność w jej oczach. Wiedział, że to kolejna gra Nero. Co tym razem miał na myśli?

- O czym ty mówisz? - odparła po chwili Dalla.

- Myśleliście, że znaleźliście wszystkie nadajniki, które umieścił na pokładzie waszego żaglowca płynący z wami szpieg - zaczął wyjaśniać Nero, idąc w dół piramidy. - Nikt z was nie wpadł jednak na pomysł, że mogą być też umieszczone w waszych nowych broniach. Naprawdę mi się poszczęściło - w końcu tylko jedna z was dotarło tu z nowym uzbrojeniem. Mam u ciebie wielki dług, Toa Wody.

Dziewczyna spojrzała na swoją włócznię - własną broń, która przebyła razem z nią tę podróż i która była częścią jej szkolenia na Toa. Zamarła. Vox obserwował, jak jej oczy powoli zdają się oddalać. Domyślał się, co mogło się właśnie dziać w jej głowie. Ale nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł wiedzieć, co czuła w tej chwili osoba, która przez cały czas starała się dowieść swojej wartości jako Toa i która doprowadziła do czegoś takiego.

Dalla podniosła gwałtownie głowę. Grot jej broni był wycelowany prosto w Kanohi Nero, który znalazł się już na kamiennym moście.

- Nie położysz swoich rąk na tym krysztale - wycedziła.

Vox wyczuł nadciągający wybuch. Widział napinające się mięśnie Dalli, słyszał, jak oddycha coraz gwałtowniej. Czuł narastającą w niej chęć naprawienia tego ogromnego błędu, o którym właśnie się dowiedziała.

- Dalla, uspokój się - odezwał się, lecz stał od niej zbyt daleko, żeby ją powstrzymać.

- Nie, Vox, nie możemy mu pozwolić…! - nie dokończyła, miast tego puściła się biegiem w kierunku Nero, szarżując na niego z wystawioną przed siebie włócznią. Twarz wrogiego Toa nawet nie drgnęła.

Wzmocniony impuls dźwiękowy wystarczył, by odrzucić ją na bok. Dalla krzyknęła, zaskoczona, pchnięta mocą żywiołu. Wypuściła z dłoni włócznię, która zniknęła po chwili w czarnej toni i sama uderzyła boleśnie plecami o ścianę komnaty, po czym oszołomiona osunęła się z pluskiem w wodę. Poderwany z jej ramienia Az zaczął z niepokojem krążyć nad nią w powietrzu.

Vox mógł tylko przyglądać się temu wszystkiemu bezradnie. Przeniósł spojrzenie na Nero, unosząc pewnie trzymany oburącz miecz.

- Zapłacisz za to, Nero… - wycharczał przez zaciśnięte zęby.

- Twoja towarzyszka była głupia, ale ty wciąż masz szansę - odrzekł mężczyzna i wyciągnął ku niemu rękę. - Zrozum to. Moim jedynym celem jest uczynienie tego świata bezpieczniejszym miejscem. Razem mamy uchronić go przed zniszczeniem. Przyłącz się do mnie, a już nigdy więcej nikt z nas nie będzie musiał o nic walczyć!

Palce Voxa zacisnęły się mocniej wokół uchwytu ostrza.

- Ktoś już kiedyś złożył mi podobną propozycję. - Wojownik zmrużył oczy. - Moja odpowiedź wciąż brzmi tak samo.

Nero opuścił wolno rękę, wzdychając. Wydawał się być tym naprawdę rozczarowany.

- Niech i tak będzie.

Jego włócznia zaświstała w powietrzu, gdy ustawił się w bojowej pozie. Dwóch Toa Dźwięku stanęło naprzeciw siebie na moście prowadzącym do jednego z najpotężniejszych artefaktów na tym świecie, mierząc się wzrokiem i czekając na pierwszy ruch ich oponenta, otoczeni ciszą zawieszoną w gęstym powietrzu komnaty. Chwilę później obydwaj, jak na czyjś sygnał, wystrzelili ku sobie w niemal idealnej synchronizacji. Ich bronie zderzyły się ze sobą, wyznaczając pierwszy cios w walce o dalsze losy wszechświata.

Rozpoczął się spektakl.

Vox jeszcze nigdy nie mierzył się z kimś tak dobrze wyszkolonym. Pamiętał swój pierwszy pojedynek jako Toa stoczony na Neitu. Pamiętał, jak wielkim wyzwaniem był dla niego ówczesny przeciwnik i jak bardzo Vox przerósł go umiejętnościami w późniejszych latach. Pamiętał swoje pierwsze walki na Artas Nui i kolejne starcia z tamtejszymi zbrodniarzami. Pamiętał boje stoczone w pierwszym dniach wojny i niezliczone starcia z dronami - jednak nigdy nie miał do czynienia z przeciwnikiem na takim poziomie. Do tej pory sądził, że dziesięć lat jako Toa i cztery lata wojny skutecznie przygotowały go do stawienia czoła każdemu przeciwnikowi - teraz dopiero odkrył, w jak wielkim był błędzie.

Odkrył też, że słowa Arctici były prawdą. Nero naprawdę był kimś niezwykłym.

Vox błyskawicznie poderwał się do szybkiego ataku, tnąc z prawej na lewą stronę. Minimalny ruch drzewca włóczni rywala wystarczył, by zepchnąć jego klingę z kursu i skierować ją ku górze. Nero zdecydowanym ruchem zmienił położenie dłoni i pchnął na wprost, zmuszając przeciwnika do gwałtownego odskoku. Bawił się nim, Vox dobrze o tym wiedział. Już uniósł miecz, by odparować cios, lecz Nero cofnął już broń i osłaniając się nią, spokojnie stanął w perfekcyjnie zbalansowanej postawie obronnej.

Wobec defensywnej pozycji oponenta, nagły atak Voxa sprawiał wrażenie chaotycznego i nieskutecznego. Nero parował każde uderzenie miecza, wciąż stosując oszczędne ruchy włóczni i proste uniki ciałem. Podłużna broń poruszała się w idealnej harmonii ze swoim właścicielem. Nie był to oręż i wojownik - Nero i jego włócznia stanowili jedność, coś, czego brakowało Voxowi i jego ostrzu. Coś, co nie mogło dać mu przewagi, nieważne jak bardzo by się starał.

A jednak wciąż się starał.

Opanowawszy się nieco, przełożył miecz z ręki do ręki, chwytając go pewniej. Następnie znów rzucił się do ataku, tym razem jednak starał się lepiej mierzyć ciosy i częściej zmieniać kąt natarcia. Szerokie okrężne cięcia ustąpiły pola nagłym pchnięciom i Nero, nawet mimo swojej jedności z bronią, nawet mimo swoich wysokich umiejętności - nawet mimo tego, kim był - zaczął się cofać, coraz szybciej obracając drzewce, by powstrzymać szturm przeciwnika. Vox nagle poczuł, że ma szansę. Podkręcił tempo, aż wreszcie szaleńcza prędkość ataku zaczęła obracać się przeciwko niemu. Stał się nieuważny, zbyt mocno wychylał się do tyłu, zbyt niedokładne zadawał ciosy. Kiedy wreszcie sobie to uświadomił, było już za późno.

Nero najwyraźniej stał się już poirytowany całym tym zajściem, sam przeszedł teraz bowiem do ofensywy. W jednym momencie role odwróciły się. Naparł z oszałamiającą siłą na przeciwnika, jego włócznia zakręciła się w powietrzu jak wirujący pocisk Rhotuka i zbiła klingę Voxa z linii obrony, a potężny kopniak posłał go pod ścianę komnaty. Nero odwrócił się, pokręcając głową.

- Nie powinnyśmy walczyć. Właśnie to pcha nasz wszechświat ku zagładzie.

Szary Toa wylądował po kostki w lodowatej wodzie, chwiejąc się, udało mu się jednak zachować równowagę i powrócić do bojowej postawy. Jak ktoś taki jak Nero mógł w ogóle mówić coś takiego? Zwłaszcza po tym, jak skazał setki mieszkańców Artas Nui na śmierć, nie mówiąc już o tych, którzy zginęli na innych wyspach.

Zerknął w kierunku Dalli. Wciąż leżała nieprzytomna, po części zanurzona w czerni. Nie mogła mu teraz pomóc. Niedobrze. Vox postanowił skorzystać z okazji i podjąć rozmowę, dając sobie czas na odpoczynek.

- Trudno mi wierzyć słowom kogoś, kto oszukał tyle istnień.

- Jedynymi, którzy was oszukują, jesteście wy sami, Toa - odparł Nero, obróciwszy się do rywala.

- Myśleliśmy, że nie żyjesz!

- Moje zniknięcie było kluczowe dla powodzenia tego planu! - Po raz pierwszy włócznik zdawał się wybuchnąć, momentalnie jednak odzyskał spokój. - Na szczęście Tanith, Kraavos czy Karsh wystarczyli, byście odwrócili swoją uwagę od tego, kto naprawdę kieruje tym wszystkim.

Vox ponownie zaatakował, bardziej na próbę, lecz Nero skutecznie zablokował cięcie i odepchnął go od siebie. Wojownicy zaczęli krążyć wokół siebie.

- Ale dlaczego… - Toa w Hau wciąż nie mógł zrozumieć. - Dlaczego to wszystko robisz?

- Ktoś tak ignorancki jak ty i tak tego nie zrozumie, nie ma sensu ci tego tłumaczyć!

Vox poczuł narastającą w nim wściekłość.

- Więc wyciągnę to z ciebie siłą! - warknął i naskoczył na mężczyznę. Nero wystawił swoją włócznię przed siebie, a jej grot zalśnił jaskrawym światłem, przewodząc moc żywiołu Toa Dźwięku i w kolejnym ułamku sekundy uwolnił skoncentrowaną wiązkę energii, silną na tyle, by odrzucić Voxa do tyłu.

- Jesteś irytujący! - Nero zamachnął się gniewnie bronią. - Wszyscy jesteście irytujący. Jak insekty, które przeciskają się między moimi palcami, nieważne jak mocno je zacisnę. Myślałem, że moja armia wystarczy, by was unicestwić… ale musieliście rujnować mój plan, kawałek po kawałku. - Oddychał głęboko, miarowo, próbując odzyskać dawne opanowanie. - Ale już niedługo… gdy tylko zdobędę ten kryształ… będę miał wystarczająco siły, by pozbyć się was raz na zawsze!

Vox wstał pomału na równe nogi, wciąż obolały i zamroczony po zderzeniu z kamienną konstrukcją. Spojrzał chwiejnie na zbliżającego się przeciwnika.

- Ja… ja nie pozwolę ci go stąd zabrać - tylko tyle był z siebie w stanie wykrztusić.

Wyprostowany, pewny siebie Nero zdawał się górować nad pochylonym, oszołomionym i już dość zmęczonym rywalem.

- Nie zdajesz sobie sprawy z wagi całej tej sytuacji, Vox - powiedział. - Jesteś tak samo ślepy, jak reszta moich braci i sióstr, których musiałem wyplenić, by zapewnić bezpieczeństwo temu wszechświatowi. I tak samo podzielisz ich los!

Nastąpił punkt zwrotny w walce o przyszłość Wszechświata Matoran. Vox dopiero teraz zrozumiał, jak ogromny popełnił błąd, prowokując wcześniej Nero. Liczył, że wytrącenie go z równowagi obróci się przeciw niemu, tak jak miało to miejsce niedawno z nim samym, teraz jednakże przekonał się, że ogromnie się mylił. Włócznia kąsała go jak żmija, a jego miecz nie był wystarczająco szybki, by ochronić go przed tryskającym spomiędzy jej kłów jadem. Gdy walka przeniosła się na wodę, a obaj przeciwnicy zaczęli rozchlapywać ciemną jak obsydian ciecz na boki swoimi krokami, Vox został zraniony po raz pierwszy - grot włóczni rozpłatał jego naramiennik. Potem poszło już gładko. Nero zakręcił włócznią i gruchnął jej tępą częścią w bok Kanohi Voxa, pozostawiając na niej niewielkie pękniecie. Nieudana kontra tylko opóźniła kolejny cios, który rozciął zbroję i mięsień uda, a następny, przebiwszy się przez obronę Dźwiękowego Ostrza, trafił mężczyznę w brzuch, odbierając mu dech i zmuszając go do zgięcia się w pół.

Gdzieś w jego podświadomości pojawiło się uczucie, że to może być już koniec. I ta sama podświadomość zmusiła go do wypowiedzenia tych słów, by się ratować, nawet jeśli Vox wiedział, że i tak nic nie dadzą:

- Przestań…

Kolejne ciosy spadły na niego jak lawina, gruchocząca jego gości głazami pod postacią uderzeń włóczni. Jego miecz przeszywał powietrze, gdy cięcia wyprowadzane przez osłabione i obolałe ramiona były zbyt wolne, by powstrzymać broń Nero.

- P-Przestań…

Silne pchnięcie odrzuciło Toa w Hau pod ścianę sali. Kropelki tryskającej krwi odbiły wielobarwne światło Słonecznego Kryształu i zniknęły w chłodnej wodzie, tej samej, w którą upadł Vox, oparty plecami o chropowatą skalną ścianę. Zwiesiwszy głowę, Toa Dźwięku ujrzał swoje własne odbicie w mrocznej kipieli, gdy Nero zatrzymał się nad nim.

Vox ostatkiem sił wystawił przed siebie Dźwiękowe Ostrze, blokując druzgocący cios włóczni. Chłód lodowatej wody przenikał go aż do kości. Tych kości, które, jak wyczuwał Vox, były bliskie chwili, w których pojawią się na nich drobniutkie pęknięcia, zwiastujące ich rychłe złamanie, nie mogąc oprzeć się napierającej sile Nero.

Vox zajrzał w oczy rywala, równie zielone jak jego i dostrzegł w nich tylko nieustępliwą determinację w dążeniu do swego celu. Żadnej innej emocji. Miał nadzieję, że zbudzenie jej wystarczająco go osłabi, by Vox mógł się ratować.

Albo wznieci w nim wystarczająco gniew, by doszczętnie go zniszczyć. Tak czy inaczej, Toa Dźwięku postanowił skorzystać ze swojej ostatniej deski ratunku.

- Przestań… - wycharczał, ledwie poznając swój głos. - Pomyśl… czy tego chciałaby… Arctica…?

Oczy Nero poruszyły się. Jego mięśnie na moment ustąpiły. Ułamek sekundy wystarczył Voxowi do sięgnięcia do mocy żywiołu i uwolnienia silnej fali dźwiękowej, która odepchnęła od niego włócznika, a ten wylądował oszołomiony w wodzie kilka bio dalej.

Toa w Hau podniósł się powoli. Krew wypływała spomiędzy otworów na oczy w jego masce, tworząc podłużne wstęgi przypominające bordowe łzy na powierzchni Kanohi. Zielone światła skupiły się na rywalu, który również zdołał się już podnieść. W jednej chwili zmienił się nie do poznania. Wszechobecny spokój i opanowanie gdzieś zniknęły. Zniknęła też siarczystość i determinacja, z którą Nero atakował oponenta. Toa Dźwięku wydawał się… zdruzgotany.

- Ty… - wysyczał. - Co masz z nią wspólnego?

Vox poprawił uchwyt na rękojeści broni. Ciężar miecza zaczął mu doskwierać, zignorował to jednak.

- Jak myślisz… Co się z nią stało… przez te wszystkie lata… po tym, jak ją porzuciłeś?

Jaskrawe ślepia trysnęły jadem spod srebrnej maski.

- Nie! - krzyknął Nero. - Kłamiesz!

- Skoro ja mam wierzyć twoim słowom o tym, jak bronisz wszechświata… - wysapał Vox, spoglądając kątem oka na Dallę. Jeszcze się nie ocknęła, co go zaniepokoiło, lecz nie mógł z tym nic zrobić. - …dlaczego ty… nie chcesz uwierzyć… moim?

Barki Nero wznosiły się i opadały coraz szybciej, w miarę, jak jego oddech stawał się coraz bardziej nerwowy. Powoli zaczynała docierać do niego prawda.

- Jesteś kłamcą! - powtórzył Nero, jakby mogło to zmienić bieg wydarzeń. - Ona jest moja!

- Moment… w którym zobaczy, czym się stałeś… - odparł Vox - będzie momentem, w którym ją utracisz.

Nero zacisnął z chrzęstem pięści.

- Więc ją odzyskam!

Vox stanął wyprostowany, nie zważając na ból. Powoli zaczął gromadzić wokół dłoni energię żywiołu. Wyczuł również silne drgania wokół zaciśniętych szponów przeciwnika - Nero musiał robić to samo. Obaj szykowali się do uwolnienia siły, która miała zakończyć to wszystko.

- Możesz sobie wziąć ten kryształ i zrobić z nim co chcesz… - Toa w Hau przyjął postawę gotową do zadania ciosu. - Ale nie pozwolę ci jej skrzywdzić w jakikolwiek sposób.

Obydwu wojowników otoczyła nieprzerwana cisza, gdy wszystkie dźwięki z komnaty zostały skupione wokół ich dłoni w postaci energii. W tej niezakłócanej dźwiękowej pustce, usta Nero poruszyły się, wypowiadając bezdźwięcznie dwa słowa:

- Więc zginiesz.

Toa uwolnili dwa nieposkromione strumienie czystej dźwiękowej energii. Dwie siły niezliczonej ilości decybeli zderzyły się ze sobą, wywołując grzmot, który omal nie rozsadził czaszek walczących Toa. Uwolniony impet odrzucił ich obu pod przeciwległe końce pomieszczenia, a dźwiękowa fala uderzeniowa wstrząsnęła całą salą, rozprowadzając pęknięcia po jej sklepieniu i wzburzając fale okrywające jej podłoże. Kilka kamyków posypało się z sufitu komnaty na ziemię.

Jeden z nich uderzył o Słoneczny Kryształ.

***


Insektoidalne oczy głowy monstrum, na której kształt zbudowana została świątynia, zapłonęły czerwienią.

Zarówno Rebis jak i żaden z jego towarzyszy nie zwrócili na to uwagi - byli zbyt pochłonięci walką z dronami, a oprócz tego karmazynowe światło zlewało się z czerwienią, którą splamiło niebo zachodzące słońce. Silny wstrząs jednak, który sprawiał wrażenie, jakby drgnął całą wyspą, dał się we znaki wszystkim walczącym. Garstka Toa, skupiona w jednej grupie i otoczona przez legion śmiercionośnych robotów zachwiała się i omal nie upadła, podobnie jak Karsh i większość jego żołnierzy. Cichy, przeciągły pomruk rozniósł się po całej okolicy. Zdezorientowani Toa spojrzeli po sobie. Nawet maszyny zrobiły to samo.

- Co to było? - odezwał się Kaleva. Zupełnie jakby w odpowiedzi, wyspę nawiedził kolejny wstrząs.

Kolejne drgania stawały się coraz silniejsze. Jedno było pewne - nikt z Armii Nowego Świata nie był za to odpowiedzialny. Rebis dostrzegł w niezdradzających żadnych emocji jaskrawozielonych oczach Inkwizytora zdumienie - i to musiało coś znaczyć. Choć nie dawało odpowiedzi na to kto - lub co - wywoływał te trzęsienia ziemi.

W następnej sekundzie nastąpił wstrząs tak silny, że na ziemi pod nogami walczących pojawiły się rozchodzące się pęknięcia.

- Eee… ty to robisz, braciszku? - spytał Purrik Ragana, rozglądając się dookoła. Zdziwiony wyraz twarzy Toa Ziemi był wystarczającą odpowiedzią.

Nagle za plecami Toa nastąpił donośny trzask, jakby coś ogromnego poderwało się w górę, a szczeliny w ziemi poszerzyły się. Kilka maszyn na wprost Toa podniosło swoje głowy, spoglądając na coś wznoszącego się tuż za wojownikami. Rebis i pozostali podążyli za ich martwym wzrokiem.

Mając przed oczami ten widok, Toa Ognia przypomniał sobie słowa swojej przyjaciółki sprzed tygodni, gdy odczytywała tekst zapisany na kamiennej tabliczce w podziemiach Artas Nui.

- Pamiętacie tę część przepowiedni - zwrócił się do swoich towarzyszy, nie odrywając oczu od wznoszącej się przed nim góry metalu - która mówiła o wielkim strażniku Słonecznego Kryształu?

Pozostali Toa, również wpatrzeni, jak świątynia wraz z całą resztą metalowej konstrukcji wznosi się, formując kształt głowy i ramion, pokiwali głowami. Rebis przełknął ślinę.

- Chyba właśnie doszliśmy do tej części.

Cały ląd wokół nich wznosił się lub opadał, a wszechobecne tryby ponownie zostały wprawione w ruch. Spod ziemi wystrzeliły ogromne tłoki, poruszające gigantycznym, mechanicznym cielskiem.

- To niesamowite… - powiedział Ragan. - Cała ta wyspa… była w rzeczywistości maszyną!

- Przecież to niemożliwe! - krzyknął Izaki. - Tak wielka maszyna nie ma prawa istnieć!

- Ach tak? To powiedz to mu! - Purrik wskazał na wznoszącą się przed nimi głowę o czerwonych ślepiach, która jeszcze przed kilkoma chwilami przypominała wejście do świątyni.

Otaczające Toa drony zginęły gdzieś pomiędzy formującymi się kolejnymi częściami ciała giganta. Transportowce zniknęły pogrzebane pod wirującymi skałami, a zawieszona powietrzu nad świątynią mechaniczna płaszczka została strącona przez coś, co zaczęło przypominać zakończoną szponiastą dłonią o trzech palcach rękę o niezliczonej ilości stawów. Wojownicy walczyli o zachowanie równowagi na falującej ziemi, pod którą kolejne zastępy trybów, przekładni i tłoków transformowały wyspę w postać Akkaratusa.

Wśród donośnego chrzęstu miażdżonej ziemi i salwy trzasków i huków rozległ się krzyk Toa Kamienia:

- Rebis! Co robimy?!

Toa Ognia rozważał w głowie tylko jedną opcję. Musieli uciekać, póki jeszcze było po czym uciekać.

- Musimy dotrzeć do brzegu, zanim to coś skończy się formować! - odkrzyknął i zerknął w kierunku, z którego przybyli. - Biegiem, już!

Wojownicy nie zdołali nawet przebiec ćwierć kio - choć odległości w obecnej chwili na niewiele się zdawały - gdy nagle jakaś siła pochwyciła Ragana i Purrika i pociągnęła ich do tyłu, a zaraz potem to samo uczyniła z Kalevą. Rebis zatrzymał się i, odwróciwszy się, zobaczył pośród falujących skał i gleby postać Karsha.

- Inkwizytor… - odezwał się do Izakiego, lecz moment później on i Toa Lodu również zostali pochwyceni mocą Skakdi i wylądowali obok towarzyszy.

Toa natychmiast poderwali się z ziemi i ponowili próbę ucieczki - na walkę nie było teraz czasu - lecz i tym razem Zakazianin przyciągnął ich do siebie. Purrik warknął gniewnie, uderzywszy o ziemię.

- Niech go szlag, nie puści nas!

Rebis obrócił się i spojrzał na odzianego w czarną zbroję wojownika. Próbował do nich dotrzeć, zdeterminowany do ostatniej chwili. Toa Ognia wiedział, że nie da im spokoju, dopóki albo oni, albo on nie zginą. Lecz nie było na to czasu. Toa nie byli tak zawzięci jak Inkwizytor. Nie zamierzali tu zginąć.

Mężczyzna czuł na sobie spojrzenia pozostałych. Wiedział, że oczekują od niego jakiegoś planu. Pomysłu. Czegokolwiek.

On wiedział, co zrobić. Nie była to dla niego łatwa decyzja, lecz podjął ją mimo wszystko.

- Biegnijcie - oznajmił, wciąż patrząc na Karsha. - Odciągnę jego uwagę.

Reszta drużyny spojrzała na niego z oszołomieniem.

- Nie przeżyjesz starcia z Inkwizytorem! - odparł Ragan. Tak, Rebis wiedział, że będzie protestować.

Odwrócił się ku nim.

- Jestem waszym liderem i macie słuchać moich poleceń, czy to jasne?

Wojownicy wpatrywali się w niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Rebis chciał mieć tę chwilę już za sobą - wiedział, że prędzej czy później jego najbliższy przyjaciel znajdzie słowa, które przekonają go do zmiany planu. Ale Toa Ognia nie chciał jej zmieniać. Jeśli ktokolwiek miał się tu poświęcić, to na pewno był to on. Dojrzał do tego, choć jeszcze niedawno, na Metru Nui, Stelcie czy Zakazie nigdy by o tym nie pomyślał.

Wreszcie Purrik poderwał się na nogi.

- Słyszeliście dowódcę! Wykonać, już!

Pozostali wreszcie się przełamali i ruszyli biegiem w kierunku rozpadającego się brzegu. Rebis uśmiechnął się, dziękując Toa Powietrza w duchu.

Jedynie Ragan pozostał na swoim miejscu.

- Rebis…

- Robię to dla drużyny - przerwał mu Toa Ognia. Nie chciał dopuścić go do słowa. Zbyt wiele razem przeszli i wiedział, jak w końcu wpłynął na niego te słowa. - Dzięki za wszystko, przyjacielu.

Widział wahanie w jego oczach. Widział powoli tlące się w ich kącikach łzy. Lecz wiedział, że Ragan podejmie właściwą decyzję. Zawsze był tym mądrzejszym.

I nie mylił się. W końcu Ragan skinął głową i rzucił na pożegnanie:

- Dziękuję.

Rebis, uwolniwszy się od wszystkiego - od nadziei, od lęków, od niespełnionych obietnic i obowiązków i wszystkiego, czego mógłby żałować - odwrócił się w stronę Inkwizytora. Widział, jak jego zielone jak kwas oczy wędrują za uciekającymi Toa i widział też, jak wyciąga ręce, by sięgnąć do swojej mocy i ich zatrzymać.

Lecz nie zamierzał dać mu tej przyjemności.